„Spowiadam się Bogu Wszechmogącemu i wam bracia i siostry…”
Pan Jezus postawił mnie przed dziesiątą stacją drogi krzyżowej – „ Jezus z szat obnażony”
Nie rozumiałam moich snów, które od kilku lat nieustannie się pojawiały. W tych snach, idąc ulicami miasta próbowałam okryć się czymkolwiek lub zasłonić okryte części ciała. Czasem byłam całkiem naga i chowałam się w bramie. Później zdarzył mi się sen, że szłam przez rynek naga i nie wstydziłam się. Męczyły mnie te sny, bo wiedziałam z przekazu św. S. Faustyny, że Pan Jezus przez sny też do nas przemawia. Nikt też nie znalazł jakiegokolwiek wyjaśnienia znaczenia tych snów.
Czasem pojawiały się sny w których szukałam toalety i ciągle ktoś mi przeszkadzał, żeby z niej skorzystać. Te sny odebrałam jako ponaglenie, żeby wyrzucić z siebie wszystko co nie jest miłe Bogu. Starałam się, z większy lub mniejszym skutkiem uwolnić się od: niepunktualności, niecierpliwości, oceny ludzi, nadmiernego gadulstwa i wielu innych przywar. Ale sny nadal się pojawiały i to coraz dramatyczniejsze. Wreszcie zrozumiałam je przez ostatni sen – bardzo wymowny: „szukam toalety. Wchodzę do restauracji – do dużego pomieszczenia gdzie jest dużo stolików ustawionych pod ścianami, a na środku stoi biała muszla klozetowa – bardzo widoczna bo stoliki stały w pewnej odległości. Oniemiałam i szybko wyszłam.” Wtedy zrozumiałam, że tu nie chodzi tylko o moje wewnętrzne oczyszczenie, ale też o moje obnażenie się. Kolejne znaki, o których pisałam w pierwszym świadectwie wymusiły na mnie tamtą spowiedź – o aborcji. Jeden Bóg wie ile mnie kosztowały tamte wyznania. Wkrótce Pan dał mi poznać jeszcze jeden cel mojego wyznania. Tamto świadectwo zaczęło „żyć swoim życiem”:
Zostało wykorzystane do pracy konkursowej,
Przekazane dwóm kapłanom (jeden bardzo mi dziękował, bo wykorzystał je przygotowując uczniów do sakramentu bierzmowania)
Koleżanka zabrała je do Francji jako przydatne do spotkań z młodzieżą,
I podobne, inne drogi.
Dla wielu jestem anonimowa, ale coraz częściej mówię wprost, że to ja. Szczególnie wtedy, gdy ktoś mówi, że ja to już jestem święta. Czas mijał i stopniowo odzyskiwałam spokój i równowagę. Niestety nie na długo. Kolejne znaki i przypomnienia różnych życiowych zdarzeń (niektóre bardzo bolesne) znowu przymusiły mnie do napisania drugiego świadectwa. Przypomnienie niektórych zdarzeń – nawet tych z mojego dzieciństwa było równoczesnym zrozumieniem moich pewnych zachowań i reakcji w dorosłym życiu. Było to wielkim zaskoczeniem i zdumieniem, ze tak wielki wpływ mają przeżyte doświadczenia w dzieciństwie na nasze określone zachowania w życiu dorosłym.
Miałam cztery lata, kiedy zmarł mój ojciec, była też starsza siostra i młodszy brat. Niedługo po śmierci ojca urodziła się druga siostra.
Szybko w naszym domu pojawił się kolega ojca. Przychodził pomagać biednej wdowie. Naprawiał, remontował – pozornie litościwy okazał się diabłem przyobleczonym w szaty anioła. Tyran i sadysta usidlił „biedną wdowę” i posiał paniczny strach wśród nas. Nieraz ciągnął matkę za włosy do drugiego pokoju i zamykał drzwi. Często z działki czy z pracy wracała posiniaczona. Dorastałam z wizerunkiem mężczyzny silnego, bezwzględnego, takiego któremu kobieta musi się podporządkować a zapomóc musi zapłacić w takiej formie w jakiej mężczyzna sobie życzy. I z wielkim postanowieniem , że jeżeli wyjdę za mąż to tylko za chłopaka dla którego alkohol nie będzie istniał (mój ojciec i ten konkubin byli alkoholikami). Niestety, mimo, że z moim mężem chodziłam cztery lata, nie odkryłam w nim tak skrzętnie ukrywanego alkoholizmu. Po pierwszym jego upiciu wróciłam do domu rodzinnego. Ale on umiał zjednywać sobie ludzi – był bardzo szarmancki i cierpliwy. „Urabiał” moją matkę, a ona mnie – mówiąc o jego uczuciach i że to tylko jeden przypadek, no i że nie spotkam mężczyzny, który by się nigdy nie napił. Wróciłam. Niedługo trwała jego abstynencja – zaczęły się tłumaczenia, usprawiedliwienia i że „nigdy więcej”. Był to czas, kiedy zaczęłam pracować w szkole i było mi trudniej odejść przez wstyd, ze nie udało mi się małżeństwo, że będę obarczona winą – bo on był doskonałym pozorantem (był nocnym pijaczkiem). Drugim problemem byli teściowie – dla nich byłby to wielki cios. Byli bardzo religijni i z zasadami, w dodatku bardzo mnie lubili. Ukrywałam przed wszystkimi moją tragedię – był tyranem psychicznym. Nie zasnął dopóki nie doprowadził mnie prawie do szału. Dziwne jest to życie. Chyba tylko dzięki Bożej interwencji (mając męża, który mnie tak oszukał i tak ranił, nie przestałam go kochać). A w naiwności swojej wierzyłam, że będąc dobrą żoną pokonam jego alkoholizm. Bardzo się starałam. Miałam też nadzieję, że jak dzieci przyjdą na świat to wszystko odmieni się na lepsze. Pierwszy mocny wstrząs: byłam w szpitalu, mąż z kolegą przyprowadzili do naszego mieszkania dwie kelnerki z nocnego lokalu i do rana urzędowali. Sąsiadka, która mieszkała „pod nami” opowiedziała wszystko z detalami, wszystko co słyszała mojej przyjaciółce i ona mi to powtórzyła. Wtedy zdecydowałam, ze odchodzę. Gdy wróciłam do domu zaczęłam się pakować. Nie chciał mnie wypuścić; kłamał, prosił, przepraszał. Znowu stanęli mi przed oczami teściowie – osłabła moja decyzja. Nie wiedziałam co mam robić. I wtedy, nie wiem skąd, pojawił się w moich myślach nowy pomysł – na pewno nie od Duch Świętego. Na drugi dzień wyjeżdżałam na sesję i powiedziałam: „Nie będę mogła z tobą być, chyba, ze raz zabawię się tak jak ty, to może będzie łatwiej, albo wracam do mojego dawnego domu do czasu, aż znajdę mieszkanie”. Długo zmagał się ze sobą, mówiąc, ze nic złego nie zrobił. Odpowiedziałam: „Nic więcej nie zrobię niż ty.” Wreszcie powiedział wracaj. Nie było to proste. Mąż był pierwszym mężczyzną w moim życiu i nigdy nie mogłam zrozumieć kobiet, które od tak sobie zmieniają partnerów.
Żal i złość na męża narastały, a wyobraźnia tworzyła obrazy jego czynu. Odmieniło mnie to na tyle, że zaczęłam patrzeć na kolegów oceniając ich. Był chłopak, który bardziej niż inni „kręcił się koło mnie”. Poznawałam go coraz bardziej i było za co go cenić – ale ciągle pozostawał tylko kolegą. Sesja minęła, mąż o nic nie pytał, ja tez milczałam. Kolejne ekscesy męża, kolejna sesja i kolejne moje wahania. Minął prawie rok, kiedy to się stało (po dwóch lampkach wina). Było to nijakie, ale łatwiej było znosić też nijakie życie, które toczyło się dalej. Narastała też tęsknota za innym życiem; za miłością, czułością, za kimś, dla kogo będę ważniejsza niż alkohol. Przez jakiś czas jeździłam do siostry – pomagałam jej. I tam poznałam chłopaka; był miły inteligentny i bardzo lubił ze mną rozmawiać. Zaczął się zachowywać jakby się zakochał. Był dużo młodszy i traktowałam jego wnurzenia jako żarty. I tak to trwało. Zorientowałam się, że i we mnie rozwijają się takie same uczucia. I pewnego razu, zdarzyła się sytuacja, że byliśmy sami…
Może gdyby był starszy bylibyśmy razem. Rozsądek zdecydował. Koniec znajomości. Moje wyjazdy do siostry już też nie były takie niezbędne. Trochę cierpiałam. Niedługo potem. Zaczęła się pojawiać nienawiść do mojego męża. Nie mogłam już znieść coraz dłuższych faz upojenia i jego fizjologii. Powiedziałam mu, ze rozchodzimy się i, że nasze mieszkanie zamienimy na dwa mniejsze – jest taka możliwość bo dzisiaj czytałam takie ogłoszenie. Nie zgodził się. Powiedział, że nic ode mnie nie chce, ale dzieci będziemy razem wychowywać. Jego wychowanie to reprymendy pijackie. Gdy był trzeźwy to nie miał ochoty na rozmowę z dziećmi, co najwyżej krótkie informacje, polecenia, zakazy… no i czarnowidztwo. Dzieci też nie miały chęci na rozmowy z nim. Najlepszym jego towarzyszem był telewizor grający prawie całą dobę. Postanowiłam wynająć mieszkanie i zostawić go. Córka ( 16 lat) bardzo się ucieszyła, a syn (10 lat) zamyślił się i powiedział:” Mamo chciałbym bardzo mieszkać z tobą, ale żal mi taty, nie chcę z nim zostać, ale żal mi go bo jak zostanie sam to zginie. Nie wiem gdzie mam być, najlepiej pójdę w świat.” Zostałam. Nic się nie zmieniło – chociaż tak skończyły się gehenny łóżkowe.
Dziwne było moje życie. Szukałam miłości i uciekałam od niej. Każde zbliżenie to wyrzut sumienie, a może lęk, ze znowu się nie uda, że to też oszustwo. Jeszcze trudniej było mi zrozumieć sytuację, kiedy byłam bardzo zależna od pewnego mężczyzny – to była bardzo ważna dla mnie sprawa… I wtedy dopuściłam do wymuszonego zbliżenia z kimś dla kogo nie było we mnie żadnych pozytywnych uczuć. Wtedy byłam bardzo zła na siebie i chciałam cofnąć czas. A jednak, kiedy pojawiała się druga podobna sytuacja zrobiłam to samo. I teraz, kiedy minęło tyle lat pisząc to czuję ogromny niesmak. Po latach zrozumiałam te dwa moja zachowania: syndrom z przeszłości. „ za pomoc trzeba zapłacić w takiej formie w jakiej mężczyzna sobie życzy”. Od tamtego czasu zrobiłam się „twarda” i niezależna, dość długo patrząca na mężczyzn z pogardą.
Nie znalazłam w moim ziemskim życiu tego, czego tak bardzo pragnęłam; ani miłości, ani spełnienia, ani poczucia bezpieczeństwa. Nie spotkałam też człowieka, któremu mogłabym też zaufać. Teraz po latach wiem, że to czego tak bardzo pragnęłam nie miałam znaleźć tu na ziemi. To wszystko dostaję od Tego , który jest JEDYNĄ I OSTATECZNĄ MIŁOŚĆIĄ. JEST DOSKONAŁYM SPEŁNIENIEM I NIEPODWAŻALNYM BEZPIECZEŃSTWEM – JEST WSZYSTKIM. Od wczesny lat dzieciństwa prowadzi mnie Swojego Krzyża poprzez:
Niesprawiedliwe oceny
Nałożenie krzyża na wątłe ramiona dziecka
Po przez wszystkie upadki i Jego pomocną dłoń, która mnie z nich podnosi
Postawił na mojej drodze Swoją Matkę, która ma dla mnie więcej czasu niż miała moja fizyczna matka – ciężko pracująca całymi dniami
Poprzez niejedną Weronikę i Szymona
Stawia na mojej drodze tych, którzy płaczą i potrzebują pomocy
Nie uchronił mnie przed urąganiem, pomówieniami i kpinami – też od dzieciństwa
Byłam też podeptana, popychana wyzywana w różnych językach, przyduszona plecakami – była to prawdziwa droga krzyżowa, którą przeszłam w Rzymie podczas kanonizacji Jana Pawła II – trwała kilka godzin. Dopiero ta była prawdziwa, a nie ta którą przeżyłam w Świętej Ziemi. Na tamtej pielgrzymce myślałam, że już poznałam całe życie Jezusa bo wszystko było takie namacalne i tak bardzo odczuwalna Jego obecność, miałam wrażenie, że byłam z nim wszędzie i wtedy już niczego więcej nie pragnęłam… o naiwności ludzka. Za dwa miesiące wezwał mnie do Rzymu. Pojechałam, chociaż wcale nie planowałam tego wyjazdu. Poprowadził mnie Swoją ostatnią droga poprzez wszystkie możliwe i niemożliwe do zniesienia zachowania Swoich oprawców. I tylko dzięki Jego Miłości, w którą łatwo było wtedy zwątpić, nie zostałam stratowana, bo taką miałam wizję, kiedy ostatkiem sił szepnęłam: „ratuj mnie, przecież mnie kochasz”.
Teraz stanęłam przed wami obnażona bo tak chciał mój Pan. Pokonał wszystkie moje opory – wszak jest Wszechmogący. Uwolnił mnie od lęku przed opinią ludzi, a wszystko dlatego, ze mnie bardzo kocha. Zostały mi jeszcze tylko trzy ostatnie stacje. Chwała Ci Panie za to, że mnie prowadzisz do zbawienia – że mnie prowadzisz taką droga, bo taką dla mnie wybrałeś.
Umiłowani w Chrystusie Panu bracia i siostry oto moja prawda. Klaryska to ja, mały rycerz Ela z Głuchołaz. „Trafiony – zatopiony” brak odwagi, lęk, itp. to siła działania szatana. Musimy mu stawiać opór bo nas zniszczy.
PS: Mąż zmarł 9 lat temu. Przez te lata życia pod jednym dachem przechodziłam przeobrażenie. Pan prowadził mnie drogą Miłosierdzia. Ukazał mi prawdę – pokazał mi człowieka bardzo chorego, zniewolonego, nie dającego sobie rady – człowieka, który stracił poczucie wartości, uciekającego przed sobą w alkohol, zarzucając mi wymyślone przez siebie moje wady, a żeby nie czuć się najgorszym, żeby móc funkcjonować. I tak w tym błędnym kole najbardziej niszczył siebie.
Moja nienawiść do niego Pan zaczął zmieniać w litość. Było mi go bardzo żal. Zaczęłam żarliwie się modlić prosząc Boga, żeby mu pomógł. Zaczęłam z nim rozmawiać z życzliwością i troską o niego. Kiedy wracał pijany podawałam mu talerz zupy (przeważnie kwaśnej, bo takie lubił), a on zjadał. Dawniej gdy miał „tygodniówkę” to nic nie jadł, gdy trzeźwiał to rozmawialiśmy. Dawniej każda próba rozmowy kończyła się jego wyjściem i wracał pijany. Wreszcie zgodził się na leczenie. Pomogło, ale na krótko. Znowu rozmowy. Znowu zgoda i znowu powroty. Nie rezygnowałam. Chodziłam do lekarza po recepty i wykupywałam leki – bo on się wstydził. Pewnego dnia powiedział: „nie będę już więcej pił”. Wspomagałam go modlitwami. Udało się, choć teraz znowu odrzucił leki.
Bardzo dziękowałam Bogu, że nie pozwolił mi odejść, że przeobraził naprzód mnie i że kiedy mąż odszedł do wieczności nie miałam wyrzutów sumienia, ze mu nie pomogłam i że mąż nie odszedł niepojednany, bo ja mu wszystko wybaczyłam, bo zobaczyłam też w nim narzędzie, którym Bóg się posłużył aby mnie uwolnić, oczyścić, udoskonalić i aby mi „otworzyć oczy” żebym zobaczyła prawdę i żebym uwierzyła w nią: „kiedy chcesz zmienić drugiego człowieka, zmień naprzód siebie, a Bóg Ci pomoże bo jest Miłością, więc gdy działamy z miłością to działamy z Bogiem”.
Życzę wszystkim kobietom, które mają taki sam problem jak ja miałam, żeby udało im się pokonać siebie. Wiem jak bardzo jest to trudne. Proście Boga, żeby was umacniał w tej walce a wygracie z demonem uzależnienia od alkoholizmu i bądźcie cierpliwe bo nieraz jest to długa walka. Nie zrażajcie się nawrotami, bądźcie łagodne, cierpliwe i troskliwe, a chwile waszej słabości (jeżeli się pojawią) ofiarujcie Bogu i nieustannie módlcie się i składajcie ofiary.
Wiem też jak trudno jest przekonać do takiej drogi postępowania kobietę znękaną alkoholizmem męża. Spotykałam takie kobiety, które rezygnowały z mojej próby pomocy, nie wierzyły mi albo nie chciały uwierzyć. Rozumiałam je bo w takich sytuacjach oczekuje współczucia, zrozumienia, wysłuchania, porady też ale żeby zmienić męża a nie ją. Często w tym momencie przestają słuchać. Odchodzą…
Dlatego pisząc to świadectwo poruszam ten problem tak bardzo bolesny i uciążliwy, żeby przekonać je, a może wlać w serca i umysły kolejną prawdę: warto poświęcić się dla drugiego człowieka – bo wielka jest nagroda w niebie, a na ziemi warto jest zawalczyć o pokój w rodzinie i w swoim sercu bo gdzie panuje nienawiść, złość, agresja tam nie ma miejsca dla Boga - Miłości, która jest lekiem na całe zło. Bóg jest Miłością i ty nią bądź, a On cię przytuli do Serca i da ukojenie, bo ciebie też bardzo kocha i razem z tobą płacze gdy cierpisz.
powrt