Szczęść Boże.
W załączniku kika ciekawostek o ewangelizacji.Zachęcam do reflesji.Niech Bóg błogosławi. ks. Jacek Skowroński.
1. Wiara a świadectwo Ducha Świętego -
sł. B. ks. Franciszek Blachnicki (plik PDF - kliknij tu)
2. METODY GŁOSZENIA KERYGMY DZISIAJ
Klucz do ewangelizacji: świadectwo.
Świadectwo to słowne wyrażenie tego jak Jezus przemienił moje życie i jak już przeżywane są skutki Jego śmierci i pierwociny ostatecznego zmartwychwstania. Nie ma w nim idei czy doktryn, lecz konkretne czyny, w których doświadczyliśmy zbawienia ofiarowanego przez Jezusa. W świadectwie ujawnia się to, co Jezus dokonał w moim życiu.
Wracaj do domu do swoich i opowiadaj im wszystko, co Pan ci uczynił i jak się ulitował nad Tobą. (Mk 5,19)
Dawanie świadectwa jest ważne, bo z doświadczeniem osobistym człowieka się nie dyskutuje.
Cechy charakterystyczne świadectwa
ŚWIADECTWO JEST:
- Radosne
- Krótkie
- Skoncentrowane na Chrystusie
CZTERY CZĘŚCI ŚWIADECTWA:
- Przed Chrystusem
- Spotkanie z Chrystusem
- Po Chrystusie
- Zachęta
Uwagi praktyczne:
Nie polemizować z ludźmi i nie dyskutować. Nie bawić się w teologów. Oprzeć ewangelizowanie o moc Ducha Świętego, a nie polegać tylko na swoich umiejętnościach, wiedzy czy przygotowaniu. Oddać się Duchowi Świętego, aby nas prowadził. Prosić o pomoc świętych Aniołów. Przed ewangelizowaniem zrobić rachunek sumienia i przeprosić Pana Boga za życie.
3. PRZYKŁADY - RELACJE
„Chcę, żebyście wyszli na ulice” – powiedział papież. Wiśta wio, łatwo powiedzieć… Jak ma przełamać wstyd pokolenie, które od pacholęcia faszerowane było piosenką „Panie Jezu, zabierzemy Cię do domu, Panie Jezu, nie oddamy Cię nikomu”?
Podczas spotkania z Argentyńczykami goszczącymi w deszczowym Rio papież Franciszek zawołał: „Kościół musi wyjść na ulice, inaczej stanie się organizacją pozarządową. Chcę, żebyście wyszli na ulice”. Łatwo powiedzieć… I co dalej? Jakie pytania zadawać? Co mówić? W jaki sposób przełamać wstyd, strach? Zapytałem o to osoby, które na własnej skórze przerobiły wielokrotnie uliczne ewangelizacje.
Zapaść się pod ziemię...
„Bo gdy się wyrusza, idzie się z płaczem, rzucając nasiona, a gdy się wraca, wraca się ze śpiewem, niosąc pełne snopy” – taką pieśń śpiewamy na Drodze Neokatechumenalnej – opowiada Maciej Sikorski z Krakowa. – To również znakomita opowieść o ulicznej ewangelizacji. Pamiętam, jak szedłem kiedyś na nocną Drogę Krzyżową, która ruszyła ulicami Krakowa i szła aż do Kalwarii Zebrzydowskiej. Szedłem na samym początku. Dostałem duży brzozowy krzyż. Ruszyliśmy, gdy nagle z naprzeciwka wyszedł facet, z którym… robiłem na co dzień biznesy. Palił papierosa, był lekko zawiany. Myślałem, że spalę się ze wstydu. Miałem nadzieję, że zapadnę się pod ziemię. Marzyłem o jednym: o tym, by mnie nie zauważył. Był pijany i pewnie mnie nie dostrzegł. Nigdy nie poruszał tego tematu. O wiele prostsze niż wychodzenie na ulice jest mówienie świadectwa do ludzi, którzy cię zaprosili. Nawet w więzieniu. Stoisz za pulpitem, słuchacze skupiają na tobie wzrok. Uliczne ewangelizacje nauczyły mnie jednego: musisz otworzyć się na nieprzewidywalność. Spotkaliśmy się nawet z agresją.
Pamiętam, jak jeden rowerzysta rozpędzał się i wjeżdżał w ludzi z naszej wspólnoty. Chciał nas staranować. Usłyszał, że śpiewaliśmy: „Szema Izrael” i wrzeszczał na całą ulicę: „Pierd… żydy!”. Gdy rozpędził się i po raz kolejny przejechał po stopach jednej z naszych sióstr, ta chwyciła go za rękę i spokojnie powiedziała: „Nie jesteśmy żydami, jesteśmy katolikami”. A on zaczął wrzeszczeć: „Po co śpiewacie o jakimś Bogu! Dla mnie nie ma żadnej nadziei. Jutro idę do więzienia. Będę odsiadywał bardzo długi wyrok”. I wówczas ta siostra ściągnęła z szyi swój krzyż, wręczyła mu go i powiedziała: „Weź. To jest twoja jedyna nadzieja”. I wtedy wszystko się wyzerowało: agresja, krzyk. Ten facet w sekundzie złagodniał, skruszał. „Powieszę sobie ten krzyż nad łóżkiem” – powiedział. Co jest najtrudniejsze? Obojętność, jaką napotykasz – opowiada Maciek Sikorski. – Wychodzisz na krakowski Kazimierz, gdzie podchodzisz do bogatych, pachnących, świetnie ubranych ludzi, którzy mają piękne mieszkania i samochody. Startujesz do nich z gadką, że „wysłał cię tu lokalny biskup i chciałbyś im opowiedzieć o Jezusie Chrystusie”, a oni tego kompletnie nie chcą słuchać. Gdy mówiłem świadectwa w więzieniu, była inna sytuacja. Mówiłem: „Jesteście w takim położeniu, że trudno wyobrazić sobie gorsze. Jest dla was nadzieja. Pierwszą osobą »kanonizowaną« przez samego Jezusa był złoczyńca wiszący na krzyżu”. I ci ludzie naprawdę mnie słuchali! A tu ewidentnie przeszkadzasz w zakupach, w kawce, w spacerku z wydepilowanym pudelkiem. Wychodzisz do ludzi, których irytuje twoja gadka i słyszysz: „Przepraszam, spieszę się”. Obojętność – to chyba najgorsza rzecz. Jeśli ktoś zaczyna się sprzeczać, to już jest dobrze. Jest jakaś reakcja, struna zaczyna dźwięczeć. A tu głos odbija się od ściany. To lekcja pokory. Walkę wewnętrzną toczysz za każdym razem. Mechanizm jest zawsze identyczny: wyszukiwanie powodów, dla których nie możesz iść ewangelizować (praca, dom, dzieci, paskudna pogoda), wstyd i strach. Zawsze jest tak samo. Sporo ludzi ze wspólnot pozostawało w domach, wychodziła garstka, która zdobyła się na odwagę. Wracaliśmy z poczuciem ogromnego pokoju. Czułem moc Jezusa. Wiedziałem, że ta ewangelizacja była bardziej potrzebna mnie samemu niż tym, do których podchodziłem. To było konkretne skonfrontowanie się z moją wiarą, zaufaniem Jezusowi. W czasie tej ewangelizacji na ulicach Krakowa zdarzały się też sytuacje „na śmierć i życie”. Jakaś dwójka szła Plantami. Na ławce zauważyli chłopaka. Siedział zamknięty w sobie, smutny. Przysiedli się i zaczęli rozmowę. Minuta, dwie, pięć… Po jakimś czasie chłopak otworzył się. Wyciągnął z plecaka sznur z zawodowo zawiązaną pętlą. Szedł się powiesić. Dzięki tej rozmowie zmienił zdanie.
Królewskie łoże
– Pamiętam swą pierwszą uliczną ewangelizację. 1995 rok. Park Kultury i Wypoczynku w Chorzowie. Rozesłał nas ks. Adam Wodarczyk – opowiada Katarzyna Jendralska, psycholog z Chorzowa. – Podeszłam z koleżanką do dwóch spacerujących dziewczyn. Czy umierałam ze strachu? Trochę tak. „Wisiałam” jednak na mojej animatorce, przypięłam się do niej. Zaczęłyśmy rozmowę. „Musiałyście sporo trudnych rzeczy przejść w życiu, skoro tak otwarcie mówicie o Jezusie” – powiedziała jedna z dziewczyn. „Matko, czy my naprawdę tak smutno wyglądamy? – zaczęłam się zastanawiać – czy przedstawiamy „obraz nędzy i rozpaczy”? (śmiech) Odpowiedziałam: „Nie! Odnalazłam Jezusa, bo nie wierzyłam, że w tym całym życiu nie ma żadnego sensu. Szukałam, szukałam i znalazłam”. Zaczęłyśmy rozmowę. Okazało się, że tę dziewczynę, do której wówczas podeszłyśmy, spotkałam po kilku latach w czasie… modlitwy wstawienniczej. Powiedziała, że tamta rozmowa w parku była dla niej niezwykle ważna. Była jedną z cegiełek, które sprawiły, że po jakimś czasie, gdy wpadła w życiowe tarapaty, oddała całkowicie życie Jezusowi. Rzadko widzi się owoce ewangelizacji. Ja dostałam prezent. Bóg pokazał mi, że warto podchodzić do ludzi, że to On nawraca, nie my. Pamiętajmy, że celem ewangelizacji nie jest nawrócenie człowieka, ale… samo podjęcie inicjatywy! Dlatego też nikt nie powinien mieć oporów.
Sukcesem ewangelizacji jest to, że idziesz, wychodzisz, przełamujesz się. Resztę zostawiasz Bogu. Przełamanie siebie. Niezwykle ważny moment. Ile razy widziałam to w czasie ewangelizacji w szkołach. Stawałam przed jakąś klasą, która lustrowała mnie wzrokiem i na dzień dobry kwitowała: „Ale obciach!”. Trzeba przedrzeć się przez te maski, pozory. Czasami (szczególnie w klasach męskich w szkołach zawodowych) pytamy wprost: „Jesteś twardzielem czy mięczakiem”? Oczywiście zgłaszają się sami twardziele. „To dobrze – mówimy – bo chrześcijaństwo nie jest dla mięczaków. Wiecie, jak trudno było nam stanąć tutaj i powiedzieć, co dla nas jest ważne? Wiemy, jakie macie nastawienie”. Lody puszczają. Pamiętam pierwszą ewangelizację w zakładzie poprawczym w Pszczynie. Przyszły… dwie osoby. Kilka lat później… sto kilkadziesiąt. Gdy prosiliśmy, by ludzie wyszli i klęknęli, jeśli chcą przyjąć Jezusa (pamiętajmy, że w zakładzie chłopcy nie klękają przed niczym!), genialne świadectwo dał wychowawca. Przedarł się przez tłum i uklęknął. Za nim poszli młodzi. To było niezwykle wzruszające. Kilka lat później już nie zmieściliśmy się w kaplicy. Cała aula była pełna młodych ludzi, a 90 proc. z nich klęknęło, by przyjąć Jezusa. Pamiętam też historię z pewnym taksówkarzem. Na dzień dobry rzucił: „Przepraszam, czekam na kogoś, spieszę się” – zaczął się usprawiedliwiać. Przez cały czas kręcił się jednak niedaleko i dyskretnie nas obserwował. Znów się nam „nawinął”. I znów odrzekł: „Nie, nie, dziękuję. Muszę nakarmić kota”. „Kota? Chętnie pomożemy”. Przy okazji wygłosiliśmy kerygmat, złożyliśmy świadectwo życia. Zatrzymał się, stanął i zaczął słuchać. Wyraz jego twarzy zmieniał się. Gdy skończyliśmy się modlić, miał łzy w oczach i bardzo nam dziękował za to, że podeszliśmy i nie zrezygnowaliśmy z niego. Trzeba się przebić. Pierwsza reakcja jest zazwyczaj taka: „Ojej, znowu kolejna akcja rozdawania jakichś ulotek. W tym musi być jakieś drugie dno”. Ludzie znają już mechanizm – dzwonią do ciebie i mówią: „Mamy fantastyczną darmową ofertę”, a potem okazuje się, że musisz za nią słono zapłacić. Ewangelizatorzy wrzucani są na początku do tego samego worka. Ale trzeba to przeczekać. Okazuje się, że tęsknota za Bogiem jest w ludziach tak ogromna, że naprawdę chcą cię słuchać. Ile już razy widziałam łzy w oczach! Mam mocne doświadczenie, że jeśli Bóg wysyła cię na ewangelizację, daje ci wszystko! Pamiętam szczególnie jedną scenę; kończyłam kurs nowej ewangelizacji. Nie wiedziałam, że kończy się niespodzianką; wysłaniem nas na dwa dni na ulice. Bez noclegu, wyżywienia, gotówki. Co więcej: nie możesz prosić nikogo o nocleg. „Bóg się o to zatroszczy” – przekonywali organizatorzy. Byłam przekonana, że to niemożliwe, bym znalazła nocleg w Krakowie. Dobrze, że jest lato – pocieszałam się – najwyżej przekimam gdzieś na ławce. Jaka jest szansa na to, by znaleźć nocleg? Zerowa. Bóg tego dla mnie nie zrobi – martwiłam się. – Zresztą gdybym stała po drugiej stronie, nie chciałabym wysłuchać mojej opowieści, nie wpuściłabym siebie samej do domu. Rodził się we mnie ogromny wewnętrzny opór. To absolutna norma – on zawsze towarzyszy ewangelizacji. Masz poczucie, że jesteś zupełnie „ściorany”. I absolutnie niegodny, by cokolwiek mówić o Bogu. W takich chwilach powtarzam sobie: „Bóg wybrał to, co słabe. Trzeba czasem dla Niego wyjść na głupka”. Pociesza mnie to, że idziemy jak żebrak do żebraka. Czym się różnimy? Wiemy, gdzie jest chleb. W Krakowie zapukałam do pewnej rodzinki. „A gdzie nocujecie?” – zapytała kobieta, która wysłuchała naszej opowieści. „Nie wiemy – wybąkałam. – Powiedziano nam, że Bóg się o to zatroszczy”. Wypowiedziałam te słowa, zdając sobie sprawę z tego, jak idiotycznie i absurdalnie brzmią! Ja – dorosła osoba – mówię obcej kobiecie, że Bóg zatroszczy się o mój nocleg. Wówczas cała ta rodzinka spojrzała na nas, jakbyśmy przylecieli co najmniej z kosmosu. „Ilu was jest?” „Sto osób”. Pani zmieszała się. Poszła po ciasto (ucieszyłam się. Może to ostatni posiłek w ciągu dwóch dni?) i nagle rzuciła: „Mogę przenocować cztery osoby”. Dała nam klucze do dużego, nowoczesnego, świetnie umeblowanego domu, który należał do jej syna. Zapełniła nam lodówkę. Zaufanie, którym nas obdarzyła, zapierało dech w piersiach. Łóżko było tak ogromne, że spałam w poprzek, a i tak brakowało mi po pół metra z każdej strony. (śmiech!) Zamiast noclegu na podłodze czy ławce w parku, Bóg zafundował mi królewskie łoże! „Musimy pamiętać, że Bóg zawsze nas poprzedza na naszej drodze. My gdzieś idziemy, a On już tam jest i na nas czeka” – przypomniał papież Franciszek 200 tysiącom delegatów ruchów kościelnych z całego świata, którzy 18 maja zjechali do Watykanu.
Ja? Nigdy!
Niektórzy wychodzą na ulice, nucąc: „Brunetki, blondynki ja wszystkie was dziewczynki nawracać chcę”. To dobra motywacja? – Nie ma nic gorszego niż ewangelizator przekonany o swej doskonałości – opowiada ks. Marcin Modrzyński z Gniezna. – Ileż razy słyszałem na Woodstocku: „Czym się od nas różnisz? Chodzisz tymi samym ulicami, kupujesz w tych samych sklepach”. Odpowiadałem: „Niczym. Poza jednym – ja wiem, do Kogo mogę pobiec, gdy mam problem”. Gdy zapytałeś mnie o uliczną ewangelizację, w Kościele czytana była akurat Ewangelia: „Jezus mówi do Piotra: idź nad jezioro i zarzuć wędkę. Weź pierwszą rybę, którą wyciągniesz, i otwórz jej pyszczek: znajdziesz statera”. Hm, po co wysyła Piotra z wędką? Nie mógł samemu wyczarować ryby? I ważna rzecz: nie mówi „Piotrze”, ale „Szymonie”, zwracając tym samym uwagę na słabość rybaka. To Bóg działa, nie my! Podstawową modlitwą ewangelizatora powinny być słowa św. Franciszka: „Panie, pokaż mi, co mam czynić”. Ja przed laty nie trafiłem na Przystanek Jezus, ale bawiłem się na Woodstocku. Gdy poznałem ewangelizatorów, powiedzieli mi: „Jesteś klerykiem? Dlaczego nie chodzisz z nami?”. „Nigdy! – odparłem. – Nie nadaję się. Mogę pogadać z ludźmi o muzyce, filmie, ale nie o Bogu”. A jednak przełamałem się. Zdając sobie sprawę ze swego tchórzostwa, błagałem: „Panie, sam podprowadzaj do mnie osoby, z którymi mam porozmawiać”. I podprowadzał. Non stop. I jeszcze jedno. Nie oceniajmy nigdy tych, do których podchodzimy! Gdy zadzwoniłeś, mijałem akurat dwóch metalowców. Zakolczykowani, wytatuowani. Modliłem się za nich i zauważyłem, jak łatwo w moim sercu rodzi się osąd. To pułapka. Już zacząłem zastanawiać się nad duchowym wymiarem tych tatuaży, nad duchami zwodzenia… Błąd! Musimy w takich momentach przypomnieć sobie, że wszyscy jesteśmy Kościołem zranionym. Ewangelizacja nie może być dla nas powodem do wywyższania się! – Jako ewangelizatorzy nie możemy stwarzać żadnych podziałów na „naszych” i „obcych”, na „dobrych” i „złych”. Byłby to absolutny falstart – dopowiada siostra Cecylia Bachalska, misjonarka, która na woodstockową ewangelizację jeździ od lat. – Ruszaliśmy ewangelizować na pole namiotowe i powiem szczerze, że o wiele częściej niż z przejawami kpiny czy agresji spotykałam się z życzliwością. Nie trzeba demonizować tych ludzi!
Po co?
Czy koniecznie trzeba wyjść na ulice? – Wspólnota, która nie wychodzi na zewnątrz z Dobrą Nowiną, umiera – nie ma wątpliwości o. Wit Chlondowski, franciszkanin ze Szkoły Nowej Ewangelizacji w Cieszynie. – Jest mnóstwo pomysłów na ewangelizację i każda grupa powinna znaleźć coś dla siebie. Do Gedeona Pan Bóg powiedział: „Idź z tą siłą, którą masz”. Nieważne, że jest was niewielu... – Co nas mobilizuje? – podsumowuje ks. Rafał Jarosiewicz z koszalińskiej Szkoły Nowej Ewangelizacji (odpowiedzialnej między innymi za prężną, organizowaną nad morzem, „Przystań z Jezusem”). – Mobilizuje nas jedno krótkie zdanie błogosławionego Jana Pawła II: „Idźcie tam, gdzie gromadzą się ludzie”. Proste?
powrt
