Legion Małych Rycerzy Miłosiernego Serca Jezusowego
Ja was wybrałem i was powołem, potrzebuję was i wzywam.
> Duchowość > Rady i Praktyki Duchowe > dot. Dzieci nienarodzonych
Rozważania i świadectwa Ani ze Szczecina
Faktycznie bardzo ciekawy temat.
Różne informacje docierają z zaświatów o dzieciach nienarodzonych. Pewnie nikt do końca nie wie jak jest naprawdę, tego się dowiemy, jak opuścimy nasze marne ciała, ale powiem Ci jaką teorię na temat dzieci poronionych mają kapłani (przynajmniej niektórzy) i ja się do niej skłaniam. Jest coś takiego jak domniemany chrzest. Gdy rodzice oczekują z miłością swojej pociech (nie targają się na jej życie), pragną dla dziecka jak najlepiej, planują je ochrzcić, to w momencie, gdy to dziecko z Woli Bożej, odchodzi z tego świata nienarodzone i nie ochrzczone, dochodzi do chrztu domniemanego, wypływającego z zamiarów rodziców i takie dziecko ma wszelkie prawa oglądania Boga, bez ograniczeń (to usłyszałam od mojego brata księdza, gdy straciłam swoje dziecko, wcześniej prosiłam przyjaciółkę, gdy je traciłam, by dokonała chrztu mojego nienarodzonego dziecka, bo chciałam dla niego jak najlepiej, a po pewnym czasie mój brat kapłan, w rozmowie ze mną powiedział mi to z czym chętnie się zgodziłam znając ogrom Miłosierdzi Bożego).
Jeśli chodzi o dzieci poddane aborcji, lub takie, których rodzice nie zamierzają chrzcić, one nie cierpią, idą do nieba, bo są niewinne, ale z powodu grzechu rodziców, bez chrztu nie mogą oglądać Boga i to jest ich cierpieniem. Właśnie dla tych dzieci Niebo dało ludziom w darze "chrzest dzieci nienarodzonych", by dać im szanse na pełne szczęście w Niebie.
A jaka była Twoja teoria?
Pozdrawiam
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Moja teoria jest dziwna i pewnie zła, że takie dzieci, gdyby się narodziły i żyły, to nie weszłyby do Nieba. Dlatego Bóg przez swoje Miłosierdzie nie dopuścił aby poszły do piekła.. i sprawił, że nie narodziły się :) Tak to sobie tłumaczyłem zawsze.
Ania: Jesteś na dobrym tropie, tylko Twoją teorię odniosłabym do dużo większego grona osób. Często słyszymy, jak ludzie oskarżają Boga o bezduszność, że małe niewinne dzieci zabiera, albo dotyka jakimś ciężkim upośledzeniem. Łatwo się oskarża, a nie widzą Ci ludzie drugiej strony medalu, gdyby dane było tym dzieciom przeżyć, albo tym chorym żyć normalnie, skończyli by w piekle. Tego jestem pewna na 100%, bo sama Matka Boża wypowiadała się w tych orędziach.
Nic, co spotyka człowieka z Woli Bożej, nie dzieje się na szkodę człowieka, chodźmy przez ludzi było postrzegane, jako potworne nieszczęście-bez tego nieszczęścia, nie byłoby szans na szczęście wieczne, a ono jest najważniejsze. Tam, gdzie w zdarzenia ingeruje człowiek swoją złą wolą, tam się dzieją tragedie dla duszy i ciała, a i w tych sytuacjach Bóg podejmuje działania w kierunku ratowania człowieka, każdy jest mu drogi i nie jest mu miłe potępienie człowieka.
Znam kilka przykładów, które są faktami, gdzie wola matki doprowadziła do tragedii dziecko, bo matka sprzeciwiła się woli Bożej.
Opowiem Ci jedną z nich, która rozpoczęła się w latach sześćdziesiątych i miała miejsce w Szczecinie. Wszystko rozpoczęło się w kościele Andrzeja Boboli, gdzie pojawiła się kobieta niosąca na ręce ledwo kwilące w agonii dziecko, dziewczynkę ledwo dychającą. Matka łapała się wszelkich sposobów, by ratować dziecko, ale była bezsilna, jak też medycyna nie była w stanie nic wskórać. Podeszła obolała do ołtarz, położyła to konające dziecko na ołtarz i powiedziała, „albo ją ulecz, albo sobie ją zabierz, sam się nią zajmuj, ja już dłużej nie mogę”, odwróciła się i szła w kierunku drzwi wyjściowych. Gdy dochodziła do drzwi usłyszała głośny płacz dziecka, z ogromną radością powróciła do ołtarza i zabrał tym razem już zdrowe dziecko.
Po ludzku rzecz biorąc, wspaniały cud, po Bożemu, największa tragedia sprzeciwienia się woli Bożej. Dziewczyna jak dorosła, stała się bardzo piękną, bardzo znaną i najbardziej popularną prostytutką największego szczecińskiego burdelu, a matka obolała, jeżdżąc opowiadała, jak bardzo skrzywdziła swoje ukochane dziecko. Lepiej byłoby jej cierpieć i umrzeć, niż zostać tym, kim została.
To są fakty podane osobiście przez matkę tej dziewczyny mojej koleżance, a usłyszała ona to dla swojego i jej córki ocalenia, bo jej córka też była dotknięta ogromnym cierpieniem, a ona w zrozumiałej ludzkiej miłości na siłę szukała ratunku.
Po tej i po jeszcze innej historii, zrozumiała, że nieraz trzeba się pogodzić. Leczy córkę, robi wszystko co w jej mocy, ale już bez skrajności, przyjmuje to potworne cierpienie, które ją również jako matkę bardzo dotyka i godzi się z nim.
Ona opowiedziała mi również o kobiecie spotkanej w pociągu, która jechała do sanktuarium Maryjnego (nie pamiętam do jakiego) błagać o powrót choroby paraliżującej jej syna. Opowiedziała historię, jak jej piękny młody synek leżał jak roślinka, bez kompletnego władania swoim ciałem, a on musiała wszystko przyniż robić żeby on mógł żyć. Też chwytała się wszystkich możliwych sposobów by dziecko ratować, zarzucając Bogu że jej nie wysłuchuje. Nie pamiętam co uczyniła, że ją Bóg wysłuchał i uzdrowił jej syna, ale syn po uzdrowieniu, wpadł w grzech nieczystości, zmieniał kobiety jak rękawiczki, żył z kobietą bez ślubu i pastwił się nad bliskimi. I ta zdruzgotana kobieta jechała, by błagać Boga, by przywrócił stan poprzedni, by jej dziecko było sparaliżowane.
Znam jeszcze inną historię z przed lat, ale tą usłyszałam na kazaniu, gdy w czasie egzekucji młodego człowieka, który był potwornym zbrodniarzem, dało się słyszeć rozpaczliwy głos staruszki, która mówiła „Boże bądź Wola Twoja, Boże bądź Wola Twoja,…”
Ta kobieta przed laty, poszła do konfesjonału i błagała kapłana o ratunek dla jej konającego synka. Kapłan odrzekł jej, że nieraz trzeba pogodzić się z Wolą Bożą, no co ona wykrzyknęła „nie” i pobiegła przed ołtarz krzycząc, że nie Jego, a jej wola ma się stać, no i tak się stało, dziecko cudownie ozdrowiało, a po latach…
Ja też miałam doświadczenia związane z Wolą Bożą i moimi malutkimi dziećmi. Pamiętam, jak któregoś roku (Tomek nie miał jeszcze roczku więc musiało to być w 1996 roku) w okresie przedświątecznym, w nocy z Wielkiego Piątku na Wielką Sobotę, poszłam czuwać przy grobie Pańskim (mój mąż był i jest anty kościołowi, więc robiłam to ukradkiem). W pewnym momencie widzę oczami duszy mojego malutkiego synka, który wstaje w łóżeczku, trzymając się szczebelek (bo jeszcze nie umiał chodzić) płacze i wypada z łóżeczka na główkę, potworny ból przeszył moje serce na wskroś, popłakałam się straszliwie i miałam świadomość, że jeżeli to się faktycznie zdarzyło, mój mąż za tą tragedię oskarży mnie, bo sobie poszłam do kościoła.
Wyłam jak głupia gdy usłyszałam głos „i co Ty z tym zrobisz?” odebrałam to jakoby Wolę Bożą - była bym złożyła ofiarę… Płakałam i powtarzałam „Boże bądź Wola Twoja, Boże bądź Wola Twoja,”. Pozostałam na czuwaniu do końca, do domu wracałam z paraliżującym lękiem, w domu zastałam spokojnie śpiącego synka i męża, jakby nigdy nic.
powrt
Otrzymałam od znajomego sms-a z pytaniem: "Dlaczego Pan Bóg dopuszcza do poronień, skoro nie ochrzczone dzieci nie mogą być Niebie?"
W załączeniu moja odpowiedź i kontynuacja naszej rozmowy.
W załączeniu moja odpowiedź i kontynuacja naszej rozmowy.
Pozdrawiam
Ania
Ania
Faktycznie bardzo ciekawy temat.
Różne informacje docierają z zaświatów o dzieciach nienarodzonych. Pewnie nikt do końca nie wie jak jest naprawdę, tego się dowiemy, jak opuścimy nasze marne ciała, ale powiem Ci jaką teorię na temat dzieci poronionych mają kapłani (przynajmniej niektórzy) i ja się do niej skłaniam. Jest coś takiego jak domniemany chrzest. Gdy rodzice oczekują z miłością swojej pociech (nie targają się na jej życie), pragną dla dziecka jak najlepiej, planują je ochrzcić, to w momencie, gdy to dziecko z Woli Bożej, odchodzi z tego świata nienarodzone i nie ochrzczone, dochodzi do chrztu domniemanego, wypływającego z zamiarów rodziców i takie dziecko ma wszelkie prawa oglądania Boga, bez ograniczeń (to usłyszałam od mojego brata księdza, gdy straciłam swoje dziecko, wcześniej prosiłam przyjaciółkę, gdy je traciłam, by dokonała chrztu mojego nienarodzonego dziecka, bo chciałam dla niego jak najlepiej, a po pewnym czasie mój brat kapłan, w rozmowie ze mną powiedział mi to z czym chętnie się zgodziłam znając ogrom Miłosierdzi Bożego).
Jeśli chodzi o dzieci poddane aborcji, lub takie, których rodzice nie zamierzają chrzcić, one nie cierpią, idą do nieba, bo są niewinne, ale z powodu grzechu rodziców, bez chrztu nie mogą oglądać Boga i to jest ich cierpieniem. Właśnie dla tych dzieci Niebo dało ludziom w darze "chrzest dzieci nienarodzonych", by dać im szanse na pełne szczęście w Niebie.
A jaka była Twoja teoria?
Pozdrawiam
Ania
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Moja teoria jest dziwna i pewnie zła, że takie dzieci, gdyby się narodziły i żyły, to nie weszłyby do Nieba. Dlatego Bóg przez swoje Miłosierdzie nie dopuścił aby poszły do piekła.. i sprawił, że nie narodziły się :) Tak to sobie tłumaczyłem zawsze.
Paweł
Ania: Jesteś na dobrym tropie, tylko Twoją teorię odniosłabym do dużo większego grona osób. Często słyszymy, jak ludzie oskarżają Boga o bezduszność, że małe niewinne dzieci zabiera, albo dotyka jakimś ciężkim upośledzeniem. Łatwo się oskarża, a nie widzą Ci ludzie drugiej strony medalu, gdyby dane było tym dzieciom przeżyć, albo tym chorym żyć normalnie, skończyli by w piekle. Tego jestem pewna na 100%, bo sama Matka Boża wypowiadała się w tych orędziach.
Nic, co spotyka człowieka z Woli Bożej, nie dzieje się na szkodę człowieka, chodźmy przez ludzi było postrzegane, jako potworne nieszczęście-bez tego nieszczęścia, nie byłoby szans na szczęście wieczne, a ono jest najważniejsze. Tam, gdzie w zdarzenia ingeruje człowiek swoją złą wolą, tam się dzieją tragedie dla duszy i ciała, a i w tych sytuacjach Bóg podejmuje działania w kierunku ratowania człowieka, każdy jest mu drogi i nie jest mu miłe potępienie człowieka.
Znam kilka przykładów, które są faktami, gdzie wola matki doprowadziła do tragedii dziecko, bo matka sprzeciwiła się woli Bożej.
Opowiem Ci jedną z nich, która rozpoczęła się w latach sześćdziesiątych i miała miejsce w Szczecinie. Wszystko rozpoczęło się w kościele Andrzeja Boboli, gdzie pojawiła się kobieta niosąca na ręce ledwo kwilące w agonii dziecko, dziewczynkę ledwo dychającą. Matka łapała się wszelkich sposobów, by ratować dziecko, ale była bezsilna, jak też medycyna nie była w stanie nic wskórać. Podeszła obolała do ołtarz, położyła to konające dziecko na ołtarz i powiedziała, „albo ją ulecz, albo sobie ją zabierz, sam się nią zajmuj, ja już dłużej nie mogę”, odwróciła się i szła w kierunku drzwi wyjściowych. Gdy dochodziła do drzwi usłyszała głośny płacz dziecka, z ogromną radością powróciła do ołtarza i zabrał tym razem już zdrowe dziecko.
Po ludzku rzecz biorąc, wspaniały cud, po Bożemu, największa tragedia sprzeciwienia się woli Bożej. Dziewczyna jak dorosła, stała się bardzo piękną, bardzo znaną i najbardziej popularną prostytutką największego szczecińskiego burdelu, a matka obolała, jeżdżąc opowiadała, jak bardzo skrzywdziła swoje ukochane dziecko. Lepiej byłoby jej cierpieć i umrzeć, niż zostać tym, kim została.
To są fakty podane osobiście przez matkę tej dziewczyny mojej koleżance, a usłyszała ona to dla swojego i jej córki ocalenia, bo jej córka też była dotknięta ogromnym cierpieniem, a ona w zrozumiałej ludzkiej miłości na siłę szukała ratunku.
Po tej i po jeszcze innej historii, zrozumiała, że nieraz trzeba się pogodzić. Leczy córkę, robi wszystko co w jej mocy, ale już bez skrajności, przyjmuje to potworne cierpienie, które ją również jako matkę bardzo dotyka i godzi się z nim.
Ona opowiedziała mi również o kobiecie spotkanej w pociągu, która jechała do sanktuarium Maryjnego (nie pamiętam do jakiego) błagać o powrót choroby paraliżującej jej syna. Opowiedziała historię, jak jej piękny młody synek leżał jak roślinka, bez kompletnego władania swoim ciałem, a on musiała wszystko przyniż robić żeby on mógł żyć. Też chwytała się wszystkich możliwych sposobów by dziecko ratować, zarzucając Bogu że jej nie wysłuchuje. Nie pamiętam co uczyniła, że ją Bóg wysłuchał i uzdrowił jej syna, ale syn po uzdrowieniu, wpadł w grzech nieczystości, zmieniał kobiety jak rękawiczki, żył z kobietą bez ślubu i pastwił się nad bliskimi. I ta zdruzgotana kobieta jechała, by błagać Boga, by przywrócił stan poprzedni, by jej dziecko było sparaliżowane.
Znam jeszcze inną historię z przed lat, ale tą usłyszałam na kazaniu, gdy w czasie egzekucji młodego człowieka, który był potwornym zbrodniarzem, dało się słyszeć rozpaczliwy głos staruszki, która mówiła „Boże bądź Wola Twoja, Boże bądź Wola Twoja,…”
Ta kobieta przed laty, poszła do konfesjonału i błagała kapłana o ratunek dla jej konającego synka. Kapłan odrzekł jej, że nieraz trzeba pogodzić się z Wolą Bożą, no co ona wykrzyknęła „nie” i pobiegła przed ołtarz krzycząc, że nie Jego, a jej wola ma się stać, no i tak się stało, dziecko cudownie ozdrowiało, a po latach…
Ja też miałam doświadczenia związane z Wolą Bożą i moimi malutkimi dziećmi. Pamiętam, jak któregoś roku (Tomek nie miał jeszcze roczku więc musiało to być w 1996 roku) w okresie przedświątecznym, w nocy z Wielkiego Piątku na Wielką Sobotę, poszłam czuwać przy grobie Pańskim (mój mąż był i jest anty kościołowi, więc robiłam to ukradkiem). W pewnym momencie widzę oczami duszy mojego malutkiego synka, który wstaje w łóżeczku, trzymając się szczebelek (bo jeszcze nie umiał chodzić) płacze i wypada z łóżeczka na główkę, potworny ból przeszył moje serce na wskroś, popłakałam się straszliwie i miałam świadomość, że jeżeli to się faktycznie zdarzyło, mój mąż za tą tragedię oskarży mnie, bo sobie poszłam do kościoła.
Wyłam jak głupia gdy usłyszałam głos „i co Ty z tym zrobisz?” odebrałam to jakoby Wolę Bożą - była bym złożyła ofiarę… Płakałam i powtarzałam „Boże bądź Wola Twoja, Boże bądź Wola Twoja,”. Pozostałam na czuwaniu do końca, do domu wracałam z paraliżującym lękiem, w domu zastałam spokojnie śpiącego synka i męża, jakby nigdy nic.
Pozdrawiam Ania
powrt
wszelkie prawa zastrzeżone - 2014 - www.mali-rycerze.pl
d&h www.f-ski.pl